Przegląd nagrań Kammerakademie Potsdam (2) - Schubert (2).

 


Kolejne, drugie już spotkanie Płytomaniaka z nagraniami Akademii Kameralnej z Poczdamu nie dostarcza mi tylu mieszanych wrażeń, jak słuchany po raz pierwszy krążek z III i VIII Symfonią Franciszka Schuberta, o którym pisałem jakiś czas temu. Stylistyka wykonań została przeze mnie poznana i zrozumiana, niewiele mnie zatem zaskoczyło, ale ogólne wrażenie jest tym razem lepsze, co przekłada się się na końcową ocenę. Nie oznacza to jednak, że uważam je za najlepsze w swoim rodzaju – wielkie kreacje Güntera Wanda (RCA) są dla mnie niedościgłym wzorem na tle licznych konkurencyjnych rejestracji płytowych tego repertuaru. Kontynuuję zatem przegląd płyt z twórczością orkiestrową autora Pstrąga, cieszącej się niesłabnącym zainteresowaniem zarówno wydawców płytowych, wykonawców, jak i publiczności. Nic dziwnego, że cały czas powstają kolejne nagrania, ale niniejsze, podobnie zresztą jak poprzednie, nie jest nowością – ukazało się już kilkanaście lat temu. O jego obecności w polskich mediach i kulturalnej sferze nie było w owym czasie ani widu, ani słychu, co jest typowym przypadkiem – tak o „promocję” swoich artystów dbają nasze przedstawicielstwa zagranicznych wytwórni.

Sięgam zatem po kolejny krążek poświęcony Franciszkowi Schubertowi i na początek słucham lubianej zapewne nie tylko przeze mnie, popularnej V Symfonii B-dur, napisanej na skromną pod względem rozmiarów orkiestrę przez zaledwie dziewiętnastolatka. Unosi się nad nią duch Haydna i Mozarta, zawiera się w klasycznej czteroczęściowej, wzorowo skonstruowanej formie, przepełniona jest pogodą i radością. Wykonanie Akademii Kameralnej z Poczdamu, podobnie jak poprzednio, jest swoistą hybrydą stylistyki inspirowanej historycznymi praktykami oraz gry na współczesnych instrumentach. Tempa są jak na tę konwencję, żywe i energiczne, nie ma mowy o nudzie, dynamizm interpretacji nie ulega wątpliwości zwłaszcza w częściach skrajnych, a także w dziarsko zagranym ustępie trzecim, po którym trudno rozpoznać dworskiego i eleganckiego menueta, choć sam autor raczej myślał o ländlerze o bardziej ludowym charakterze. O dziwo, podejście Antonella Manacordy nie dało mi powodów do narzekań zwłaszcza w poprzedzającym go ogniwie powolnym (Andante con moto), które wreszcie brzmi zgodnie z włoskim określeniem, podczas gdy w większości nagrań jest rozwlekane wręcz do granic niemożliwości, co niestety jest udziałem nawet naprawdę wybitnych mistrzów batuty. Tutaj muzyka naturalnie płynie, śpiewne i piękne melodie przeplatają się, do głosu do dochodzą wszystkie grupy instrumentalne, wśród których wysuwa się sekcja dęta za sprawą małej liczby smyczków – z korzyścią dla interpretacji oraz samego utworu, brzmiącego autentycznie i świeżo. Respektowane są wszystkie znaki powtórzeń, lecz nie ma mowy o rutynie, ponieważ zadziwiająca symbioza energii i refleksji, cechujących omawianą interpretację, dowodzi jej wysokiej jakości, podobnie jak zwrócenie uwagi na wycyzelowanie wszelkiego rodzaju szczegółów w zakresie wydobycia dźwięku, a zwłaszcza kontrasty między piano i forte/fortissimo. Słychać to szczególnie we wspomnianym już Menuecie, który zaskakuje nie tylko dość szybkim pulsem, ale także tonacją minorową, zwiastującą poważniejsze myśli muzyczne, pojawiające się również później, we wręcz dramatycznym epizodzie środkowym rozpędzonego finału (Allegro vivace). Jest to ciekawe podejście, każące odbiorcy uważnie wsłuchiwać się w żwawo prowadzoną narrację i szczegóły, w które nawet tak pozornie skromna partytura V Symfonii obfituje. Wykonanie jest w pełni przekonujące ze względu doskonałą współpracę dyrygenta i zespołu, pokazującego się tutaj z bardzo dobrej strony pod każdym względem. Ich kompetencje w uchwyceniu właściwego stylu i charakteru pięknej, przemawiającej do serca muzyki Schuberta, nie ulegają wątpliwości, a niewielki skład orkiestry zdecydowanie w tym pomaga.

VI Symfonia C-dur jest już dziełem różniącym się w charakterze oraz pod względem użytych instrumentów i rozwoju stylu. Młody kompozytor wraca po przerwie w poprzedniczce do klasycznego składu podwójnego drewna, blachy oraz kotłów. Rozrastają się rozmiary, przekraczające pół godziny, a przede wszystkim zmienia się strona wyrazowa na dojrzalszą i pełniejszą, które swoje kulminacje osiągnie w genialnej Niedokończonej oraz Wielkiej. Zapowiada to większa swoboda w operowaniu obsadą, pracą tematyczną, na uwagę zasługuje pojawiająca się już uporczywa niekiedy powtarzalność motywów i tematów. Nie oznacza to, że wymagania postawione wykonawcom, zwłaszcza w zakresie logiki i konsekwencji w poprowadzeniu narracji i zbudowaniu odpowiednio przekonującej formy, są mniejsze, wręcz przeciwnie. Pod tym względem niczego nie da się zarzucić włoskiemu dyrygentowi i niemieckiej orkiestrze, którzy ściśle podążają za nutowym zapisem i wskazówkami kompozytora, powtarzając wszystko, jak należy, zaś żywe, lecz nieprzesadzone tempa sprawiają, że poniekąd ukryta w cieniu następczyń Szósta jest w pełni zrozumiała i atrakcyjna. Mamy do czynienia interpretacją dynamiczną, ale nie powierzchowną, wydobywającą esencję symfoniki Schuberta. Do zalet wymienionych poprzednio mógłbym dodać zwrócenie szczególnej uwagi na istotny pierwiastek rytmiczny, co przynosi chwałę wykonawcom, zaś wyeksponowanie partii trąbek i kotłów wnosi do wykonania wiele dobrego i ważnego. Słychać to już w powolnym wstępie otwierającym dzieło (Adagio) z ostro akcentowanymi nutami, przechodzącym następnie w równie wyraziste Allegro. Części skrajne są pod tym względem szczególnie efektowne, ale ów element obecny jest także w przyjemnie zapowiadającym się Andante, które jednakże wkrótce nabywa rozmachu i intensywności za sprawą wyrazistego pulsu triol oraz dialogów między sekcją dętą i smyczkami. Tutaj właśnie przydałoby się jednak trochę więcej oddechu i subtelnego zwolnienia tempa, by urok muzyki był jeszcze większy. Środkowe Scherzo z kolei to już czysta energia, wyraźny rytm i imponująca ekspresja pełnego składu orkiestry, brzmiącej znakomicie. Konieczne trzeba zapamiętać niedługi odcinek środkowy tego ogniwa – tzw. Trio, gdzie instrumenty dęte i miarowo wybijane akordy dowodzą dobrego humoru i niewyczerpanego melodycznego potencjału kompozytora. Precyzja, zgranie i wzajemne słuchanie się poszczególnych grup przynosi bardzo dobre efekty, dzięki czemu można niejako na nowo odkryć VI Symfonię, która w mniej inspirujących wykonaniach nie ujawnia wszystkich swoich walorów, a jest w niej przecież i piękno melodii, i ciekawa, atrakcyjna instrumentacja, i pełne blasku kulminacje. Interpretacja Orkiestry Kameralnej z Poczdamu pod dyrekcją Antonella Manacordy jest stylowa, żywo przemawia do emocji odbiorcy, świadczy o dogłębnym zrozumieniu utworu zasługującego jak mało który na wykonania pełne pasji i życia.

Nie jestem pewien, czy kolejne spotkanie z muzyką Franciszka Schuberta okaże się równie satysfakcjonujące, ale w przypadku prezentowanego albumu moje oczekiwania na wykonanie pozbawione większych kontrowersji i utrzymane na wysokim poziomie nie zostały zawiedzione. Co więcej, jego walory podkreśla bardzo dobra realizacja techniczna ze dźwiękiem o takiej jakości i czystości, że słuchanie obu Symfonii jest przyjemnością i naprawdę wzbogacającym doświadczeniem, szczególnie dla miłośników mocnych muzycznych wrażeń.


Płytomaniak


Franz Schubert

Symfonia nr 5 B-dur D 485, Symfonia nr 6 C-dur D 489

Kammerakadamie Potstdam Antonello Manacorda, dyrygent

Sony Classical 88765426962 w. 2013, n. 2012 CD, 60'11” ●●●●○

Nagranie w wersji fizycznego dysku audio zostało nadesłane do autora bezpośrednio przez Akademię Kameralną z Poczdamu.

Komentarze