Opery Płytomaniaka (1) - Wesele Figara (1).

 


Dawno, dawno temu, tak dawno, że piszącego te słowa ogarnia przerażenie, że czas minął tak szybko, pewien młody człowiek, kończący swą edukację licealną, od dawna kochający klasykę, postanowił zainteresować się światem opery. Był to czas, kiedy w branży muzycznej wszystko działało inaczej, niż dzisiaj: wytwórnie nadsyłały swoje nagrania do recenzji, wydawały sporo, nie było większych problemów z dostępnością żądanych pozycji na rynku, zwłaszcza tych z żelaznym repertuarem, funkcjonowały małe sklepy, zaś monopolista w branży sprzedaży dóbr kultury – ówczesny EMPIK miał bogatą ofertę, w której każdy mógł znaleźć coś dla siebie przy odwiedzinach w jego salonach. Internet dopiero raczkował, więc nie było mowy o sytuacji, kiedy dzisiejszy następca tamtego sprzedawcy zamieszcza na swojej stronie informacje o produkcie, zastrzegając jednakże, że nie jest on dostępny w sprzedaży internetowej - czyż nie jest to lepszy dowód na potwierdzenie tezy, na jakie dno upadł ów podmiot, co zresztą wpisuje się w obecną dzisiaj powszechną patologię w branży muzyki klasycznej i fonografii?

Właśnie wtedy, na przełomie ubiegłego i obecnego stulecia wspomniany młody człowiek przy wizycie w jednym z takich sklepów zobaczył na półkach całą kolekcję nagrań nieistniejącej już wytwórni EMI Classics z przyciągającej uwagę elegancką i spójną szatą graficzną oraz profesjonalnym sposobem wydania serii Great recordings of the century. Zafascynowany wspaniałym repertuarem oraz najsłynniejszymi nazwiskami w historii fonografii, nabył za zarobione na prowadzonych przez siebie korepetycjach językowych dwa pierwsze kompletne albumy operowe, które zapoczątkowały jego fascynację niezwykłym światem opery. Jednym z nich było Wesele Figara Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Starszym wiekiem i bardziej doświadczonym znawcom tematu, do których wtedy młody człowiek wcale się nie zaliczał, zaczynał dopiero swą przygodę z teatrem muzycznym na płytach, nagranie zakupione przez niego nie było żadną nowością, po raz pierwszy bowiem zostało wydane w roku 1952, jeszcze oczywiście na płytach długogrających. Upływ czasu niewiele zmienił, jeśli chodzi o wartość artystyczną przedsięwzięcia, sygnowanego nazwiskami jednego z największych dyrygentów oraz czołowych śpiewaków tamtej epoki, zaproszonych do współpracy przez legendarnego producenta, związanego przez lata z wytwórnią EMI Classics, Waltera Legge'a. Powstała w ten sposób jedna z pierwszych, a zarazem najwybitniejszych rejestracji Wesela Figara w dziejach fonografii, zasłużenie umieszczona we wspomnianej serii.

Sentyment związany z nabyciem swojego pierwszego operowego albumu nie może jednak przesłonić pewnych faktów, wartych odnotowania przy omawianiu niniejszego nagrania. Ma już 75 lat i słychać, że pochodzi z odległej już epoki, aczkolwiek zostało poddane remasteringowi i w momencie publikacji jako jedna z pozycji Great recordings of the century w roku 1999 nie dawała powodów do większych narzekań, jeśli chodzi o aspekt techniczny przedsięwzięcia, wystawiając dobre świadectwo zarówno pierwszemu producentowi i jego ekipie, jak i późniejszym fachowcom od dźwięku. Nadal fascynuje wysokim poziomem artystycznym, przede wszystkim wokalnym, nad którym warto się zatrzymać przez dłuższą chwilę.

Jedna z wiernych czytelniczek mojego bloga, którą przy tej okazji serdecznie pozdrawiam, pyta mnie, dlaczego preferuję starsze nagrania operowe. Odpowiedź jest prosta i brzmi następująco: dlatego, że obecnie nie ma już ani takich dyrygentów, ani takich śpiewaków, jak na przykład ci, którzy uczestniczyli w realizacji niniejszego Wesela Figara. Ich lista mówi sama za siebie, znaleźć wśród nich można artystów stosunkowo młodych wiekiem, będących w okolicach trzydziestki-czterdziestki, znajdujących się w znakomitej formie wokalnej. Za przykład niech posłuży jedna z najlepszych odtwórczyń roli Hrabiny, Elisabeth Schwarzkopf, w owym czasie gwiazda pierwszej wielkości. Jej dwie wielkie arie wywierają naprawdę spore wrażenie, ale na mnie szczególnie oddziałuje Porgi amor z początku 2. aktu – utrzymana w wolnym tempie skarga bohaterki na nieszczęśliwy związek, w jakim się znajduje. Nie tylko dlatego przemawia do mnie w jej wykonaniu – jest w nim coś nie tylko przejmująco pięknego, jak zawsze w muzyce Wolfganga Amadeusza Mozarta, ale także tragicznego, czego sens jest jasny, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że artystka, urodzona w roku 1915, w czasie tragedii zwanej wielką wojną, przeżyła kolejną, drugą, uwikłana w poparcie dla hitlerowskiego reżimu, co było przypadkiem wielu innych artystów z tego samego lub podobnego pokolenia, na przykład dyrygującego całością Herberta von Karajana. Abstrahując od tej kwestii, również inni wykonawcy zapadli mi w pamięć, przede wszystkim Figaro, czyli znakomity Erich Kunz – w jego interpretacji najsłynniejsza aria Non più adrai będzie dla mnie zawsze ideałem, będącym wypadkową znakomitej techniki, humoru oraz stylu. Moją sympatię budzi także wspaniała Irmgard Seefried jako Zuzanna; mam wrażenie, że dziś mało kto wspomina tę wybitną artystkę, a przecież jej role w operach Mozarta były synonimem najwyższej jakości. Również George London jako Hrabia d'Almaviva może zaliczyć swój udział do więcej niż udanych, jako że jest bardzo przekonujący jako arystokrata, zmuszony ostatecznie do ukorzenia się przed żoną i pójścia na ustępstwa młodej parze (Figaro i Zuzanna). O innych śpiewakach mógłbym także powiedzieć sporo dobrego, ponieważ obsada jest po prostu fantastyczna, zaś szczególnie mi się podoba element, na który zwracam uwagę przy ocenie nagrań operowych – dobra dykcja i staranność w artykułowaniu tekstu, czyli coś, z czym nie radzą sobie kompletnie generacje współczesnych „gwiazd”. Artyści śpiewają z pasją i zaangażowaniem, mam wrażenie, że dobrze się bawią, są w pełni przekonujący i dobrze rozumieją swoje partie, imponując kulturą, elegancją i stylem.

Przyjrzyjmy się teraz osobie najważniejszej, nie tylko ze względu na renomę nazwiska widniejącego na okładce albumu. W samych latach 50. powstało kilka innych, rewelacyjnych konkurencyjnych płytowych wersji utworu, z których zwłaszcza wizja Ericha Kleibera (Decca) oraz Carlo Marii Giuliniego (EMI Classics), imponują rozmachem i kompletnością, górując nad prezentowaną na dwóch krążkach wizją Herberta von Karajana, który w roku 1950 miał 42 lata i zaczynał swoją imponującą nagraniową karierę. Podszedł do partytury w sposób rzetelny, aczkolwiek cechujący się nadmiernym pośpiechem, czego zapowiedź słuchać już w słynnej, efektownej, ale mimo wszystko zagonionej Uwerturze. Szalone tempa, jakie z upodobaniem stosuje, pozwalają jedynie od czasu do czasu wybić się dobrze dysponowanym śpiewakom, przede wszystkim w ariach solowych, za to sceny grupowe, czyli finały poszczególnych aktów, już cierpią z tego powodu. Owszem, jest głośno, szybko, efektownie, ale zatraca się sens tak bogatego w znaczenia i głębię arcydzieła, jakim jest Wesele Figara. Tym samym cechują się inne nagrania, których dokonał w tym samym okresie w odstępie zaledwie kilku lat: Czarodziejski flet oraz Così fan tutte. Dodać należy, że nie mamy do czynienia z pełną wersją opery – o ile producent nalegał na całkowitą rezygnację z wykonania „suchych” recytatywów, to dyrygent zapewne przyłożył też swoją rękę do opuszczenia arii Marceliny i Bazylia w 4. akcie, skracając tym samym całość do zaledwie dwóch godzin. Owszem, często było to praktykowane nie tylko w owym czasie, czego ja osobiście bardzo nie pochwalam, bo ktokolwiek ma prawo do wykreślania muzyki geniusza, jakim był Mozart? Mamy w ten sposób do czynienia ze swoistym „the best of” dzieła, które normalnie zajmuje zwykle trzy płyty kompaktowe i trwa o co najmniej pół godziny dłużej. Można się o sens powyższych kroków kłócić, ale nie zmienia to faktu, że niezależnie od tego, czy słuchacz posługuje się językiem włoskim i zwraca uwagę na partie mówione czy nie, skrócenie tak ważnego dzieła o kilkadziesiąt minut, nie pomaga w jego pełnej percepcji jako dzieła sztuki, ze wszystkimi częściami wchodzącymi w jego skład.

Pomimo tak mocnej strony, jaką jest znakomita obsada wokalna i całkiem niezła jak na datę powstania jakość dźwięku, nie mogę uznać niniejszego nagrania za najlepszą wersję Wesela Figara dostępną na płytach. Mam jednak do niego spory sentyment, tak jak to zwykle bywa z pierwszą, nie tylko muzyczną, miłością. To sprawia, że album wytwórni EMI Classics nadal zdobi moją półkę z nagraniami, ale już w sąsiedztwie innych, bardziej przekonujących i dopracowanych rejestracji jednej z najpiękniejszych oper napisanych przez Wolfganga Amadeusza Mozarta. Przyjdzie czas, że poświęcę im więcej miejsca na blogu.


Płytomaniak


Wolfgang Amadeusz Mozart

Le nozze di Figaro (Wesele Figara) – opera buffa w czterech aktach do libretta Lorenza da Ponte KV 486

Erich Kunz (Figaro); Irmgard Seefried (Zuzanna); George London (Hrabia d'Almaviva); Elisabeth Schwarzkopf (Hrabina d'Almaviva); Sena Jurinac (Cherubin); Marjan Rus (Bartolo); Elisabeth Höngen (Marcelina); Erich Majkut (Don Basilio/Don Curzio); Rösl Schwaiger (Barbarina); Wilhelm Felden (Antonio) • Chor der Wiener Staatsoper • Wiener Philharmoniker • Herbert von Karajan, dyrygent

EMI Classics 7243 5 67068 2 8 • w. 1999, n. 1950 • MONO, 2 CD, 119'09” ●●●●○○

Komentarze