Mahler z Nowego Jorku - pod batutą Lorina Maazela (1).
Przyczynkiem do powstania niniejszego tekstu jest kusząca Płytomaniaka ogromna ilość tradycyjnych i cyfrowych nagrań orkiestr amerykańskich, znanych z polotu i wirtuozerii, a także doskonałej jakości dźwięku swych produkcji, co idealnie współgra z muzyką Gustawa Mahlera, a do słuchania jego twórczości mnie akurat nie trzeba szczególnie zachęcać. Do zajęcia się ulubionym kompozytorem i jego nadzwyczaj bogatą dyskografią rodem z USA skłoniło mnie jeszcze coś innego. Chciałem też sprawdzić czy główny „bohater” mojego tekstu rzeczywiście niewiele osiągnął, rejestrując trzy komplety jego Symfonii, jak zarzucają mu niektórzy, a zwłaszcza jeden bardzo sławny i medialny krytyk, alfa i omega internautów? Co prawda każdy ma swój gust i faworytów w tym repertuarze, ale żeby posądzać o nijakość jednego z najsławniejszych mistrzów batuty, naszych czasów, bo do niedawna jeszcze żyjącego i zarzucać mu niemalże samo zło?
Osobiście mam zupełnie inne zdanie o artyście, toteż z myślą konfrontacji swoich wyobrażeń z powyższą opinią, której, szczerze mówiąc, nie przykładam jakiegoś wielkiego znaczenia, sięgnąłem po opublikowany kilkanaście lat temu wyłącznie w formie cyfrowej pierwszy wolumin serii wszystkich Symfonii Gustawa Mahlera, wykonanych „na żywo” przez Filharmoników Nowojorskich pod dyrekcją ich ówczesnego szefa, Lorina Maazela, w ramach własnego wydawnictwa owej formacji, idącej w ślady swoich odpowiedników w Europie czy u siebie w USA, by przytoczyć podobne inicjatywy orkiestr z Chicago, Cleveland, Seattle, czy San Francisco. Całość miała miejsce w latach 2003-2009, wpisując się efektownie w działalność słynnego dyrygenta jako dyrektora, uwieńczonego triumfalnym wykonaniem monumentalnej Symfonii „Tysiąca” tuż przed zakończeniem pracy na tym stanowisku. Można przy tej okazji przytoczyć ważny fakt z biografii samego kompozytora, którego z Filharmonikami Nowojorskimi łączyły więzy bliskiej współpracy: stał na ich czele w latach 1909-1911.
Wyposażony w garść przydatnych informacji, zabrałem się do słuchania I Symfonii, zarejestrowanej we wrześniu roku 2005 w Avery Fisher Hall i nie żałowałem ani jednej z 54 minut jej trwania. Kiedy zaś przypomniałem sobie krytyczne i złośliwe opinie, że Maazel niewiele osiągnął, dyrygując dziełami Mahlera, ogarnęło mnie zdumienie, ponieważ ja doszedłem do zupełnie innych wniosków. Nie ma tu ani śladu rutyny, za to rzeczowe, staranne podejście do partytury w czysto technicznym wymiarze wywarło na mnie spore wrażenie, ale jakże mogło być inaczej w przypadki artysty o kilkudziesięcioletnim doświadczeniu, znającego ją od podszewki? Już sama kwestia zarzutów wobec zastosowanych temp nie wydała mi się, mówiąc oględnie, przekonująca – prezentowane wykonanie mieści się w standardzie, osiągając równe 54 i pół minuty. Owszem, w przypadku pozostałych, jeszcze bardziej rozbudowanych pozycji można mówić o monumentalizmie, ale czy sam fakt wydłużenia całości oznacza automatycznie niską jakość gry i interpretacji? Nie sądzę, bo zarówno sam Lorin Maazel, jak i prowadzeni przez niego Filharmonicy Nowojorscy znajdowali się w znakomitej formie i w pełni przekonali mnie swoją wizją utworu.
Analizując go od początku do końca, mógłbym zatrzymywać się co chwilę nad zarówno nad podkreśleniem wagi szczegółów w bogatej i fascynującej instrumentacji, jak również ich odpowiednim umieszczeniem w ramach jednej, spójnej całości. Pomaga w tym bardzo dobry i wyraźny dźwięk, pokazujący w pełnej krasie wszystkie sekcje i cechujący się dużą rozpiętością dynamiki, choć czasami musiałem regulować głośność na przestrzeni poszczególnych części, co jednakże w żaden sposób nie zmienia wysokiego poziomu realizacji niniejszego nagrania. W powolnym, tajemniczym wstępie, słychać wyraźnie wytrzymane nuty smyczków i odzywki instrumentów drewnianych, podpartych pięknie brzmiącymi waltorniami, nadającymi romantyczny charakter, płynnie przechodząc następnie we „właściwą” część pierwszą, utrzymaną w umiarkowanie szybkim tempie. Dyrygent odpowiednio czujnie modyfikuje jego przebieg z dobrym skutkiem dla całości, opierającej się na na starym i nowym materiale tematycznym. Również utrzymane w charakterystycznym rytmie na trzy czwarte ogniwo drugie nie daje żadnych powodów do narzekań: od początku ustalone jest dość żwawa i zadziorna w wyrazie pulsacja austriackiego ländlera z odpowiednim zwolnieniem w środku, co jest miłą odmianą od tych interpretacji, które rozpoczynają ją dość ciężko i wolno, przyśpieszając następnie na przestrzeni kilku taktów (dziwne, ale można się z tą praktyką spotkać dość często w nagraniach). W trzeciej części dominuje charakterystyczny, regularny rytm głównego tematu, pojawiający się zarówno we wstępie kontrabasów, jak i w kotłach, choć nie brak tu i zmian i przyśpieszeń, co dobrze służy muzycznej narracji, w której oczywiście szczególnie zapada w pamięć „klezmerski” epizod grany przez klarnety, będący tak naprawdę melodią inspirowaną czeską muzyką ludową. I oczywiście finał, rozpoczęty uderzeniem w talerze, a następnie potężnym akordem całej orkiestry, wystawiający jak najlepsze świadectwo i dyrygentowi, mającemu wtedy 75 lat, ale emanującego energią i znawstwem rzeczy, i filharmonikom w zakresie precyzji rytmicznej, intonacji, potęgi brzmienia, a przede wszystkim wymaganej przez samego Mahlera pasji. Istotnie muzycy grają z zapałem, na plan pierwszy wysuwa się fenomenalnie brzmiąca sekcja blachy, mająca spore pole do popisu, która nie ma chyba sobie równych na całym kontynencie (może z wyjątkiem Orkiestry Chicagowskiej). Pod koniec, w hymnicznym zakończeniu, waltorniści powstają, a donośny dźwięk siedmiu rogów przykuwa uwagę słuchacza w triumfalnym geście, podobnie jak ogromne zaangażowanie grających, zwłaszcza kotlistów - ich końcowe tremolo przed dwoma ostrymi akordami naprawdę robi spore wrażenie (podpatrzyłem to na fragmencie z koncertu, dostępnym na portalu You Tube).
Dla zainteresowanych informacja o dostępności nagrania, istniejącego wyłącznie w formie cyfrowej. Należy go szukać na stronach internetowych czy platformach streamingowych typu ITunes, Amazon, eMusic, High Tracks, Spotify lub Classical Archives.
Wspaniale grający Filharmonicy Nowojorscy, należący do światowej, a nie tylko amerykańskiej elity, pod dyrekcją jednego ze swoich legendarnych dyrygentów, bo o Lorinie Maazelu mam jak najlepsze zdanie, prezentują się w I Symfonii wyśmienicie, Narracja jest przekonująca od początku do końca, ich możliwości w zakresie piękna brzmienia, dynamiki czy subtelnego frazowania – wręcz nieograniczone, co w pełni przekłada się na ostateczny efekt muzyczny i psychologiczny. Gdzie tu nuda, gdzie rutyna, gdzie braki dyrygenta w repertuarze, w którym czuł się jak ryba w wodzie? Czy jest to tylko jednorazowy rezultat znakomitej współpracy, czy też może „miłe złego początki”, jak wieścili nieżyczyliwi? Płytomaniak przekona się o tym, sięgając po kolejne pozycje cyklu. Nie zapomni też o innych zespołach z USA, dla których muzyka Gustawa Mahlera jest czymś oczywistym, co znajduje odbicie w ich dyskografii, dostępnej w postaci tradycyjnych nośników, jak i jako pliki dźwiękowe do pobrania. Melomani uwielbiający tego kompozytora naprawdę nie mają teraz powodu do narzekań z racji ilości dostępnych i utrzymanych na najwyższym poziomie nagrań.
Płytomaniak
Gustaw Mahler
The Complete Mahler Symphonies Live vol. 1
Symfonia nr 1 D-dur „Tytan”
New York Philharmonic • Lorin Maazel, dyrygent
New York Philharmonic NYP200901 • w. 2009, n. 2005 • DR, 54'41” ●●●●●○
Komentarze
Prześlij komentarz