Nowe, świeże, niebanalne - nagranie Symfonii P. Czajkowskiego (2).

 


Oto dzieło, które jeszcze chyba nie miało swojego omówienia przez Płytomaniaka – Manfred op. 58 Piotra Czajkowskiego. Niby symfonia, ale pozbawiona formalnie numeru porządkowego przez samego autora, który najpierw uważał kompozycję za „jedno ze swoich najlepszych dzieł”, by później, jak to miał w zwyczaju, określić ją mianem „obrzydliwej”. Podobna ambiwalencja niejako od początku towarzyszy „karierze” koncertowej i fonograficznej: niektórzy wybitni dyrygenci, znawcy twórczości rosyjskiego mistrza, nie włączyli jej ani do swojego repertuaru, ani do nagrań wszystkich sześciu „oficjalnych” symfonii, jak to było w przypadku nie byle kogo, bo chociażby samego Leonarda Bernsteina czy Herberta von Karajana. Przez publiczność i krytyków albo krytykowany, albo niedoceniany, rzadko kiedy uwielbiany – Manfred, który u nas praktycznie nie pojawia się w filharmoniach, nie tylko z powodu trwającego idiotycznego bojkotu muzyki rosyjskiej, ale głównie ze względu na swoje rozmiary czasowe i trudności interpretacyjne, znajduje mimo wszystko swoje miejsce w katalogach wytwórni płytowych.

Początek obecnego roku przyniósł nowość w dyskografii Orkiestry Szwajcarii Włoskiej i jej nowego dyrektora artystycznego, Markusa Poschnera, którzy we współpracy z wytwórnią Claves sięgnęli po wyjątkowe i kontrowersyjne dzieło, opublikowane jak na razie w formie nagrania cyfrowego – plików bezstratnych o wysokiej jakości, dostępnych również na stronie wydawcy. Czy pojawi się później na tradycyjnych nośnikach – trudno powiedzieć, ale przy tej okazji warto przypomnieć wcześniejszy album, złożony z dwóch kompaktów, na którym zarejestrowano arcydzieła twórczości Piotra Czajkowskiego – dwie ostatnie symfonie. Wywołało to całkiem spore poruszenie wśród krytyki, podobnie będzie z najnowszą propozycją ww. artystów, która z pewnością podzieli odbiorców. Przyczyna tego tkwi zarówno w samym dziele, będącym dźwiękową ilustracją poematu George'a Byrona pod tym samym tytułem, zawartym w szeroko rozbudowanej, czteroczęściowej i trwającej prawie godzinie symfonii, co jednak nie będzie przedmiotem mojej szczegółowej analizy. Dodam, że osobiście Manfreda lubię, cenię i regularnie słucham, podziwiając jego monumentalizm, ekspresję i autentyzm, z jakim Piotr Czajkowski podszedł do swojej symfonii – najmniej znanej ze wszystkich, a jednak porywającej i atrakcyjnej, choć niepozbawionej słabości, co jest zawsze szczególnie podkreślane przez tych czy owych znawców.

Istotniejsze jest w przypadku najnowszej rejestracji utworu jego wykonanie, które moim zdaniem nie zapisze się w gronie najwybitniejszych i najbardziej przekonujących interpretacji. Nie można mu odmówić pewnych zalet. Tempa dobrane są rozważnie, na ogół dość szybkie, co jest bardzo typowe dla stylu dyrygenckiego Markusa Poschnera. Dowiódł tego wspomniany wcześniej dwupłytowy album z V Symfonią e-moll i VI Symfonią h-moll, intrygujący dynamizmem interpretacji i świeżym podejściem do doskonale znanych partytur. Również w przypadku Manfreda można mówić o pozbawionej rutyny, niebanalnej, skupiającej się na skrupulatnej realizacji zapisu partytury i pokazaniu jej czytelności, co skutkuje bardziej przejrzystą fakturą i nierzadko ma się wrażenie obcowania z muzyką „lżejszą”, unikającą zagmatwania melodii oraz kontrapunktów. Jest bardziej kameralna i subtelna niż zazwyczaj. Zabieg interesujący, ale wydaje mi się, że bardziej pasuje do twórczości okresu klasycyzmu, niż do niezwykle romantycznej, uczuciowej i ekspresyjnej kompozycji stworzonej przez mistrza emocji, dramatyzmu i instrumentacji, opartej tutaj na rozbudowaną orkiestrę symfoniczną z organami włącznie. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że rezultatem pracy Markusa Poschnera z doskonale sprawującą się Orkiestrą Szwajcarii Włoskiej było pozbawienie utworu jego najbardziej charakterystycznych cech: pewnej teatralności w dobrym sensie słowa, siły ekspresji i ciężaru gatunkowego, które mogły się podobać lub nie, ale zawsze nadawały Manfredowi indywidualny rys. Doceniam ogrom pracy włożonej w realizację potężnej, trwającej ponad 55 minut partytury, ale zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie kreacje pełne ognia, napięcia i pasji, których tutaj mi zabrakło. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z muzyką robioną „na zimno” - istotne komponenty w zakresie frazowania, artykulacji, dynamiki, a przede wszystkim balansu między sekcjami są zachowane i wystawiają dobre świadectwo zarówno kapelmistrzowi, jak i członkom orkiestry. Nie zawsze jednak samo oddanie zapisu nutowego jest gwarantem całkowitego artystycznego i estetycznego zadowolenia. Za przykład niech posłuży narastająca kulminacja przed wejściem organów w ostatnich minutach finału: tam gdzie zwykle crescendo prowadzi bezpośrednio, praktycznie bez przerwy, do istotnego momentu o charakterze symbolicznym (rodzaju katharsis), tutaj czekamy na niego przez sekundę lub dwie, pozostawieni przez moment w ciszy zakłócającej logikę narracji i osłabiającej ostateczny efekt. A przecież z takich efektów utkana jest misternie sieć czterech części utworu, nadająca mu powagę i siłę oddziaływania na słuchacza. Mam zatem poczucie, że interpretacji brakuje czegoś istotnego, bez czego twórczość Piotra Czajkowskiego, jednego z moich ulubionych kompozytorów, nie może się obejść: odwagi do pokazania prawdziwych wzruszeń, silnych i zróżnicowanych emocji, za sprawą których słuchanie Symfonii h-moll jest naprawdę poruszającym przeżyciem, do czego można, a nawet trzeba się przyznawać.

Kilka sesji odsłuchowych sprawiło, że mam mieszane wrażenia odniesione po poznaniu prezentowanego nagrania. Pod względem realizacji technicznej cechuje się dobrym i wyraźnym dźwiękiem, co potęgują wykorzystane przez mnie pliki najwyższej jakości, ale mimo tych zalet nie mogę też mówić o pełni satysfakcji od początku do końca, ponieważ zdarzały mi się momenty manipulacji pokrętłem głośności podczas odtwarzania, podobnie jak brak nieco większej przestrzeni jak na muzykę rozpisaną na wielką orkiestrę symfoniczną i operującą imponującymi efektami instrumentacyjnymi. Być może późniejszy i częstszy kontakt z nagraniem wytwórni Claves, do którego zamierzam od czasu do czasu wracać, zmieni mój sposób postrzegania całości na korzystniejszy, ale pomimo swych zastrzeżeń uważam, że warto się z nim zapoznać, zwłaszcza gdy się jest początkującym melomanem, nieznającym w ogóle Manfreda jako dzieła. Obecność niniejszej interpretacji na platformach streamingowych może w tym pomóc. Bardziej zaawansowanym koneserom polecam jako alternatywę kilka albumów, powstałych na przestrzeni ostatnich dwu dekad. Znakomite kreacje Wasyla Pietrenki (Naxos), Dymitra Kitajenki (Oehms) czy Andrissa Nelsonsa (Orfeo) przypadły mi zdecydowanie bardziej do gustu.


Płytomaniak


Piotr Czajkowski

Symfonia „Manfred” op. 58

Ochestra della Svizzera italiana • Markus Poschner, dyrygent

Claves DO 3140/41• w. 2026, n. 2023 • DR, 55'58” ●●●○○

Nagranie w wersji elektronicznej zostało nadesłane do autora bezpośrednio przez wydawcę, wytwórnię Claves.

Komentarze